Czy wszyscy zmartwychwstaniemy???

Mówi się powszechnie: „Wszyscy zmartwychwstaniemy, więc super”. To jest współcześnie bardzo popularna opinia/nauka czy raczej herezja w naszych katolickich kościołach, szkołach….Ale w czym tkwi problem? Dzisiejsze czytanie – opis męczeństwa Machabeuszów daje wiele światła. „Lepiej jest nam, którzy giniemy z ludzkich rąk, a którzy w Bogu pokładamy nadzieję, że znów przez Niego będziemy wskrzeszeni. Dla ciebie bowiem nie ma wskrzeszenia do życia„.  – Jakże często zupełnie co innego spada teraz z ambon! Wmawia się, że bez względu na to jak żyjemy czy żyli nasi zmarli, to zmartwychwstaniemy (i jeszcze inne dziwadło-przy okazji pomija się problem zbawienia). Czwarty brat (Machabeusz) zwracając się do okrutnego króla mówi mu, że nie zmartwychwstanie?! Niezupełnie – „nie ma wskrzeszenia do życia” oznacza nie to, że nie ma dla niego wskrzeszenia, ale wskrzeszenia do Życia – Życia w Bogu, w niebie. Właściwie to samo mówi Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania„. Specjalnie podkreślam powyższe zdanie, bo interpretując je dosłownie można by przyjąć, że zmartwychwstaną tylko zbawieni. 344878_pxDas_Jngste_Gericht_Memling_34.jpgNie, na innym miejscu nasz Pan mówi o zmartwychwstaniu do Życia i zmartwychwstaniu do potępienia. Ale to drugie jest tak straszne, że po ludzku rzecz biorąc lepiej, żeby tego rodzaju zmartwychwstania nie było. Można się chyba domyślać, że tak myślą też potępieni w piekle – nie sądzę, że życzą sobie by mieć z powrotem swoje ciało, bo przecież jak zmartwychwstanie, to po to by straszliwie cierpieć wraz z potępioną duszą!!!!

Podsumowując: Nie dajmy się zwieść przewrotnym naukom zamydlającym nam wiarę w istnienie i straszliwą rzeczywistość – realność wiecznego potępienia! Św. s. Faustyna gdy miała widzenie piekła zobaczyła, że najwięcej jest tam dusz, które w jego istnienie nie dowierzały!

„…Dzisiaj żaden Mój sługa – powołany, by Mi służyć – nigdy nie nawiązuje do istnienia Piekła. Samo wspomnienie słowa Piekło wprawia w zakłopotanie Moje wyświęcone sługi, gdyż boją się oni ośmieszenia, które by ich spotkało ze strony świeckiego społeczeństwa, które zostało oszukane. Piekło jest domem dla wielu biednych dusz i jak bardzo boli Mnie, gdy widzę niczego nie podejrzewające dusze, które wpadają w otchłań przerażenia, w chwili brania przez nich ostatniego oddechu. (…) Duszom będzie mówiło się że wszystkie dzieci Boże, gdy żyją rozsądnym i godnym życiem – niezależnie od tego czy wierzą w Boga czy nie, otrzymają Życie Wieczne. Ale to będzie kłamstwo. Nie ma powrotu z piekła. Ono jest na wieczność. „

12.01.2014, 20:28 – WKRÓTCE PIEKŁO ZOSTANIE FORMALNIE UZNANE ZA MIEJSCE, KTÓRE NIE ISTNIEJE
Reklamy

Co nieco o faryzeuszach, którzy wcale nie wyginęli

Dzisiejsza Ewangelia traktowana jest przez większość jak bajka. Faryzeusz i celnik to bohaterowie tacy jak hobbici w powieści Tolkiena. Bo niby gdzie można ich spotkać?  Podobno wyginęli! Generalnie wszyscy należymy do trzeciej, nieznanej niemal w Ewangelii kategorii ludzi. Czyli do images2.jpggrupy takich tam przyzwoitych, normalnych, nowoczesnych, porządnych, wierzących katolików itd. Trochę przesadzam, bo owszem istnieją (w naszym pojęciu) celnicy – to szumowiny, pijaczki, bandziorki, tylko tak się składa, że nie o nich jest w dzisiejszej Ewangelii. Co do faryzeuszy, to owszem myślę, że niektórzy tu piszący, czy pozwalający sobie na jaskrawe dawanie świadectwa prawdziwego życia chrześcijańskiego  wśród bliskich, otrzymują od wielu ten „wspaniały” tytuł faryzeusza. Oczywiście z zabarwieniem totalnie negatywnym, w celu upokorzenia, wyśmiania. Koniec końców uważa się, że faryzeusz i celnik to jakieś marginalne patologie, a my, prawie wszyscy, to porządni i właściwie święci (oczywiście ten ostatni przymiotnik zręcznie ukrywamy przed sobą samym, żeby udawać pokorę…).

A właśnie, że nieprawda! „Słowo Boże trwa na wieki!” I to Słowo Boga (dzisiejsza niedziela) zwraca nam uwagę, że albo jestem faryzeuszem albo celnikiem i kropka. Albo uznaję, kim naprawdę jestem i szczerze żałuję i wewnętrznie uniżam się przed Bogiem (i wypadałoby na zewnątrz też…) – albo nie! Nie ma w nas tego uniżenia? No, uświadomiona pycha to już początek pokory. Albo uznajesz się za faryzeusza? To już dobrze, że widzisz, że stawiasz się jak koleś samego Boga i widzisz swoją wewnętrzną arogancję, wyniosłość, pewność siebie. Ale niestety najczęściej tak jest, że pycha całkowicie zaślepia i człowiek nie ma pojęcia, że jest faryzeuszem!!! I to jest największe niebezpieczeństwo! A jeśli nie chcesz przyjąć, że jesteś albo faryzeuszem albo celnikiem i zakładasz przynależność w sobie do trzeciej kategorii o której nie mam mowy w dzisiejszej Ewangelii, to jesteś w błędzie… I to jednak oznacza, że w istocie należysz do jednej z tych kategorii – niestety do tej gorszej, czyli faryzejskiej… (dobrze, że przez internet nie można dostać zgniłym pomidorem). Dla chętnych jeszcze mamy cytat na temat faryzeuszy z Księgi Prawdy:

Faryzeusze nie mogli zrozumieć znaczenia pokoryNie mogli zaakceptować tego, jak działa Bóg, że nie wywyższa potężnych czy najbardziej doświadczonych przywódców religijnych w Jego Kościele, aby przez nich ujawnić swoje plany lub ostrzec swoje dzieci. Bóg wybrał proste, pokorne i szczodre serca, aby przekazać swoje ostrzeżenia dla ludzkości. Podniósł słabych i wywyższył ich przez cierpienie, którym oczyścił ich serce, aby mógł się z nimi porozumiewać. Dzięki temu jest mało prawdopodobne, aby ludzka pycha ze strony proroka przeszkadzała w przekazywaniu Prawdy. Odrzucili Jana Chrzciciela i zamordowali go. Zamordowali dawnych proroków. Znęcali się nad wybranymi duszami przez które Bóg się porozumiewał z ludźmi. Czy myślicie, że w waszym, dzisiejszym świecie będzie cokolwiek inaczej? Czy wy, Moi oddani naśladowcy i wy, którzy uważacie się za ekspertów w Moim, Chrześcijańskim Kościele lub innych Kościołach, którzy wierzycie w Mojego Ojca Przedwiecznego, przyjmiecie dzisiaj Słowo Boże? Nie. Zrobicie dokładnie to z prorokami, prawdziwymi prorokami, co od początku z nimi robiono. Będziecie oczerniać ich w Imię Mojego Ojca.

ANTY-wdzięczność: z wdzięczności, że żyję, to zabijam!

Trudno znaleźć przymiotnik w naszym języku, który oddałby w pełni postawę zupełnie przeciwną do wdzięczności. „Niewdzięczność” – czyli po prostu brak wdzięczności, to dziś zbyt płytkie określenie postaw moralnych wielu współczesnych katolików. W dzisiejszej Ewangelii słyszeliśmy o dziewięciu trędowatych, którzy po prostu nie okazali wdzięczności. Dzisiejsza sejmowa „dziewiątka” nie tylko nie okazała wdzięczności, ale…!

pobrane.jpgBo jakimiż słowami można określić postawę ludzi deklarujących się publicznie jako katolicy, wybranych do sejmu przez katolicki elektorat, którzy z „wdzięczności” za wyniesienie ich do wysokich godności i stanowisk stanęli po stronie współczesnej Targowicy i wsparli swoim anty-głosowaniem morderców polskich dzieci?!!! I nie tylko za swoje stanowiska i pozycję społeczną powinni być wdzięczni. Powinni (głównie postawą i czynami, a nie obłudnym i oszukańczym pustosłowiem) dziękować, że żyją…. A dzięki komu? Wielu z posłów pewnie żyje tylko dlatego, że w przeszłości naszej Ojczyzny było wielu, którzy bronili życia polskich dzieci – szczególnie nienarodzonych. Kto wie, ilu spośród współczesnych targowiczan żyje tylko dzięki temu, że ich matka nie miała możliwości ich zabicia, bo znalazł się ktoś, kto swoim słowem, modlitwą czy nawet darem pieniężnym spowodował, że do aborcji na nim nie doszło? Kiedyś słyszałem czarny dowcip: „jak cię widzę, to jestem za aborcją”. Jest jakieś ziarenko prawdy w tym strasznym kawale. Można by się Pana Boga spytać – dlaczego pozwoliłeś żyć temu czy tamtej, skoro wiedziałeś, że stanie się zabójcą? Klucz chyba tkwi jedynie w dzisiejszym Słowie Bożym z listu świętego Pawła Apostoła do Tymoteusza:

„Jeśli my odmawiamy wierności, On (Chrystus) wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego.”       

***   „(…) Aborcja, morderstwo w Oczach Boga, będzie wymuszane na wszystkich narodach, jako wyraz buntu wobec Ojca Wszechmogącego, Boga Najwyższego. Jeśli akceptujecie tę niegodziwą obrzydliwość, jesteście winni straszliwego grzechu. Grzech aborcji jest grzechem śmiertelnym i odpowiedzialni za to będą palili się w ogniu Piekła na wieczność.(…)” 

01.05.2013, 20:25 – GRZECH ABORCJI JEST GRZECHEM ŚMIERTELNYM I ODPOWIEDZIALNI ZA TO BĘDĄ PŁONĘLI W OGNIU PIEKŁA NA WIECZNOŚĆ

Czemu każesz mi patrzeć na nieprawość i na zło spoglądasz bezczynnie?

Iluż z nas może dziś te słowa proroka Habakuka odnieść do siebie?! Musimy patrzeć na takie nieprawości, jak np. ta w Bydgoszczy. Profanacja Chrystusa została uczyniona przy cichej akceptacji (katolickiego?) rządu…(250 tys.). Straszne! Dzisiaj z ambon ileż spadło słów z okazji dnia papieskiego, ale niestety nie słów Jana Pawła II !!! Ileż bredni – i to przeciwnych dokładnie dzisiejszemu Słowu Bożemu! Bo dzisiejsze Słowo Boże zwraca uwagę na niszczony dziś w świadomości wiernych atrybut Boga, jakim jest Sprawiedliwość. A niszczy się go rzekomym miłosierdziem. Ale takiego miłosierdzia nie ma ani w biblii, ani u s. Faustyny. Miłosierdzie spadające z ambon to jakiś lajtowy fałsz. Bo jeden atrybut Boga nie może zaprzeczać drugiemu. Bez sprawiedliwości po co potrzebne komu miłosierdzie? I tak będziemy zbawieni i tak jakoś to będzie i tak będzie dobrze….. I tak Pan Bóg wybaczy (w domyśle nawet to, czego dopuszczono się w Bydgoszczy – czy Episkopat oprotestował chociaż to świętokradztwo???). Ale właściwie to Pan Bóg nie ma co i komu wybaczać, bo nikt właściwie nie zgrzeszył, bo grzechu chyba nie ma…? Jest ewentualnie jakaś słabość ludzka?…

Dość tych bredni, bo można zachorować i to na wieczność, bo piekło naprawdę istnieje. I przyjdzie – mam nadzieję niedługo – dzień, kiedy nie będziemy już musieli patrzeć na nieprawość : „a jeśli się opóźnia, ty go oczekuj, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie. Oto zginie ten, co jest ducha nieprawego, a sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności

„(…)Zło rodzi zło. To, co czynicie innym, to samo zostanie wam uczynione. Moja Sprawiedliwość jest nieodłączna i chociaż Moje Miłosierdzie jest obfite, należy się bać Mojej Kary, kiedy spada ona na niewdzięcznych i nikczemnych ludzi.

Nie krzywdzę żadnego człowieka, takie działanie nie pochodzi ode Mnie. Ale kiedy zło jest wyrządzane dzieciom Boga i gdy szerzy się nikczemność, wyleję Moją Sprawiedliwość i niech nikt nie będzie miał żadnych wątpliwości, że te czasy właśnie nastają.(…)” paruzja.info/…/1626-18-08-2014…

Biada beztroskim na Syjonie!

W tytule fragment z proroka Amosa (z czytań dzisiejszej niedzieli). Zwykle nie zwraca się uwagi, wobec kogo wypowiedział prorok to „biada”. Syjon to starotestamentalna figura Kościoła. Już wiemy, że to „biada” nie tyle odnosi się (wbrew potocznemu rozumieniu) do bogatych pogan, ludzi spoza Kościoła np. ludzi biznesu, pop-kultury, czy po prostu bogaczy żyjących z dala od Kościoła. Nie. Proroctwo Amosa odnosi się do ludzi związanych z Kościołem, a także do tych, którzy też są w Kościele, ale jakby nieco błądzą (np. protestanci, czy po prostu ludzie potocznie mający co nieco na pieńku z Nauką Kościoła, czy jakieś „lewe” ruchy jak np. neokatechumenat) – symbolem, figurą tych ostatnich jest góra Samarii. Generalnie jest to proroctwo skierowane do ludzi Kościoła. Czyli do nas?! Oczywiście. Zarówno ten „biadoliczny” fragment z Amosa jak i przypowieść Pana Jezusa o bogaczu i Łazarzu należą do takich kawałków Słowa Bożego, które powszechnie uważa się, że mnie (nas) nie dotyczą! Nawet myślimy tak bez złej woli (to bardzo się narzuca) – że przecież nie jestem burżujem, który całe dnie spędza przy stole z kolegami, nie chodzę na dyskoteki w piątki wieczór, nie włóczę się po restauracjach – mało tego, jakoś tam wspieram materialnie biednych, czy aktywnie włączam się w różne materialne dzieła pomocy najuboższym. A jednak prorok Amos nie napisał (przede wszystkim) tego proroctwa do tych burżujów, czy lekkoduchów z dyskotek.

rich-man-and-lazarus.jpgA do kogo nasz Pan skierował dzisiejszą przypowieść? No do kogo? Do faryzeuszów. Zaraz, zaraz, proszę nas nie obrażać – nie jesteśmy faryzeuszami. A właśnie, że jesteśmy. Jesteśmy współczesnymi faryzeuszami, czyli ludźmi gorliwie związanymi z Kościołem, wiarą katolicką – i to jest dobre, i 2 tysiące lat temu to było dobre. Pan Jezus nie krytykował faryzeuszów za to, kim są w istocie – bo to było dobre, ale za obłudę i faktyczne sprzeniewierzanie się misji , do której byli powołani, jako ważny filar podtrzymujący jedyną wówczas prawdziwą religię na świecie. Tak samo teraz – to dobrze, że jesteśmy współczesnymi faryzeuszami, czyli filarkami misji Kościoła (czy to duchowni czy świeccy). Bardzo dobrze. Ale niestety powtarza się historia sprzed 20 wieków. Teraz też przerażająco wielka część współczesnych gorliwców katolickich żyje antywiarą, obłudą, coraz częściej przyjmuje się współcześnie drążące Kościół od środka herezje – już nie wierzy się praktycznie w czyściec, piekło (słyszałem już gorliwego katolika, który codziennie przystępuje do Komunii św., jak mówił, że Pan Bóg nie jest tak okrutny by skazywać na takie sprawy…), nie uznaje się w praktyce (w teorii jeszcze tak) 10 przykazań Bożych np. usprawiedliwia się wśród wierzących nawet rozwody, oszczerstwa, przepędzanie rodziców – staruszków z bogatych i sterylnych domów współczesnych chrześcijan. Wszystko to czynione jest iście po faryzejsku, w białych rękawiczkach, że niby te złe czyny są dla dobra ich ofiar! Straszne!

No dobrze, ale jak się ma to wszystko do tego suto zastawionego stołu bogacza i ciągłej zabawy? Nie ma się??? A jak żyje współczesna katolicka rodzina? W przeważającej części dobrze sytuowana materialnie – własny, piękny dom, samochód, wycieczki weekendowe, wakacje, częste spotkanka z przyjaciółmi -prawdziwe imprezy, wystawne jedzenie (co, nieprawda???…nawet mówi się, aby usprawiedliwić takie beztroskie życie, że Pan Bóg dał nam to życie abyśmy się nim cieszyli – jest to wbrew Ewangelii!). No, ale żeby nas było na to wszystko stać to potrzebne są pieniądze. I właściwie praca zawodowa tylko do tego się sprowadza, aby zbić kasę, by na te wszystkie wygody materialne było nas stać (mówi się, że żadna praca nie hańbi – uważam, że każda hańbi, jeśli jest tylko dla kasy potrzebnej na luksusy). Chrześcijanie nie powinni przecież podążać za kasą, za luksusami, za tym, żeby dobrze urządzić się na tym świecie, ale… „Ty, o człowiecze Boży, podążaj za sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością, łagodnością. Walcz w dobrych zawodach o wiarę, zdobądź życie wieczne„(1 Tm 6,11)

Nie ma już czasu na modlitwę (nie żartujcie – kwadrans dziennie, czy nawet szybka Msza św. to naprawdę za mało). A przecież najwięcej dobra wobec współczesnych Łazarzów możemy czynić najpierw przez modlitwę, przez post (wiem, trudne to słowo) czy inne ofiary – np. przez przypominanie bliskim i dalszym żywej Ewangelii. Jednak wiedzę duchową (symbolem tej wiedzy jest suto zastawiony stół bogacza z przypowieści) zostawiamy sobie samym i nam podobnym kolegom. Mamy w nosie innych – to ich problem, że nie umieją „pójść do kościółka”…. Nie modlimy się często nawet za swoją własną duszę nieśmiertelną, a co dopiero za innych!  I tak jesteśmy współczesnymi bogaczami z dzisiejszej przypowieści, zajętymi sobą i swoimi sprawami: „troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne„(Mt 13,22). A przecież bogactwo i duchowe i materialne dał nam Pan Bóg nieprzypadkowo, aby nim służyć Łazarzom!

Więc sami wybierajmy, jak chcemy żyć. Czy jak „grono hulaków” z ks. Amosa, żyjące dla przyjemności tego świata i nieprzejmujące się „upadkiem domu Józefa” (czyli upadkiem Kościoła atakowanego przez wrogów; apostazja, herezje, rujnowanie sakramentów św., podważanie Słowa Bożego)? Obudźmy się i zacznijmy żyć jak prawdziwi chrześcijanie – bądźmy „solą ziemi i światłem świata”.

Zdaj sprawę z twego zarządu!!!

images.jpgPewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: „Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą

To już nie pewien bogaty człowiek, ale sam Bóg wezwie wkrótce swoich rządców na sąd i każe im zdać rachunki. Ale Bóg (podobnie jak bogaty człowiek z przypowieści) jest pełen Miłosierdzia. I daje czas. Ostrzega – upomina, mówi: zrób coś z tym, bo jest bardzo źle z tobą! Zdaj sprawę z twego zarządu! I nieuczciwy i zły rządca robi dobry użytek z czasu i środków jeszcze mu danych by się rozliczyć (ten czas, który mu pozostał jest wielkim Miłosierdziem!). Dlatego zostaje w konsekwencji pochwalony. Dziwi ta pochwała, jeśli odczytywać tę perykopę tylko w sensie materialnym. Istnieje głębszy, a właściwie o wiele ważniejszy wymiar dzisiejszej Ewangelii. I w tym głębszym wymiarze owe oszustwa rządcy przestają nimi być. Jak to? No to spójrzmy nie tylko na literę, ale i na ducha.

Wyobraźmy sobie współczesnego nieuczciwego rządcę. Np. ojca katolickiej, ba nawet wielodzietnej rodziny. Na chrztach swoich dzieci za każdym razem z radością i uroczyście i szczerze… zobowiązywał się do ich katolickiego wychowywania. I co z tych deklaracji w przeważającej większości ojców zaangażowanych po uszy we wspólnotach katolickich pozostało? Ano, wspólna niedzielna Msza św. z kulminacyjnym punktem: agapą (czytaj – obżarstwem), pogaduszkami z miłymi współbraćmi w wierze, plotami….A dzieci na to patrzą i myślą – acha, to na tym polega bycie chrześcijaninem?! W tygodniu, u najpobożniejszych tatusiów zostaje odruch krótkiej wspólnej modlitwy wieczornej z żoną i dziećmi. Wystarczy do pełni chrześcijaństwa? Nie, bo czas pokazuje. Dzieci (cały czas piszę o tych najbardziej zdeklarowanych i aktywnych po chrześcijańsku rodzinach) dorastają i… się gubią. Patrząc na przykład wierzących rodziców swoje plany lokują w materializmie, wygodnictwie, przyjemnościach, owszem- inwestują w dobre wykształcenie, ale głównie po to, by w przyszłości mieć dużo pieniędzy. I to niemal wszystko. Jeżeli ktoś z czytających teraz moje wypociny uważa, że tak jest ok, to niech dalej nie czyta. Nie ma sensu. Ale wróćmy do głównej myśli – do rządcy, czyli z naszego przykładu ojca wierzącej rodziny. Jakiej sprawiedliwej nagrody może się spodziewać ów rządca od Sędziego za tak wspaniały zarząd w wychowywaniu własnych dzieci? Tylko nie mówcie, że Bóg jest tak słodko miłosierny, że i tak wszystko wybaczy. Owszem wybaczy, ale najpierw trzeba naprawić zło i uzupełnić luki w czynieniu dobra wynikającego z obowiązku. Bo tata z naszego przykładu doprowadził swoje dzieci do straszliwej ruiny moralno – duchowej. Jego dzieci mogą nawet nigdy nie dojść do nieba, z powodu złego wychowania. Spowodował, że jego własne dzieci zadłużone są wobec Sprawiedliwości Bożej na 100 beczek oliwy i 100 korców pszenicy. Ale jest ratunek – Bóg ostrzega przez chociażby prawe sumienie – jeszcze jest czas by naprawić. Jak? Przede wszystkim, przez osobiste (prawdziwe!) nawrócenie. Potem powiedzieć (nieraz już dorosłym) dzieciom: moje życie do tej pory nie było dobre, proszę was, nie naśladujcie mojego przeszłego postępowania. Nieraz nawet mówić nie trzeba, bo dzieci same widzą i… krytykują, bo nie podoba im się to chrześcijaństwo. Ale niektórzy zaczną się budzić. Tym bardziej, że ich tata zaczyna się porządnie modlić i za siebie i za swoje dzieci np. jeden, dwa, trzy, cztery Różańce… Zaczyna pokutować (cóż za niemodne słowo – oj do czego współcześni katolicy doszli?!) – nawet pościć od czasu do czasu o chlebie i wodzie. Walczy z wadami, nałogami – wybacza, a niestety ma co wybaczać, bo reszta kochającej rodzinki zaczyna mu coraz boleśniej dokuczać. I w ten sposób dokonuje się: „Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt”. Tak przez pokutę i modlitwę wstawienniczą zmniejsza dług (którego też on sam jest sprawcą) swoich dzieci wobec Boga – Sprawiedliwego Sędziego. Część dzieci dzięki temu odnajdzie Boga na wieczność i będą orędować za swoim ojcem – i ten bądź co bądź zły ojciec znajdzie się w objęciach Miłosiernego Boga. Ale biada, jeśli tacy tatusiowie czy mamusie katoliccy w porę się nie ockną! Czy matka dzieci, która wykrzywiła tak ich życie moralne (słyszy się o przyzwoleniu np. na konkubinat dzieci), że zaprowadziło ich to do piekła sama będzie mogła iść do nieba? Wielka jest odpowiedzialność rodziców – rządców dwójki, czwórki dzieci! A co gdy ktoś jest księdzem popularnym na całą Polskę i któremu ufają niemal miliony? Co, jeśli w setki prawd wplata zabójcze kłamstwa – herezje, które z powodu autorytetu jaki posiada z łatwością są wchłaniane – i z powodu tych kłamstw tysiące, setki tysięcy gubią swoją drogę do Boga i w wielu wypadkach nigdy (przez niego) jej nie odnajdą? Jakże taki ksiądz musi się napracować (jak się nawróci) by wycofać choć część straszliwego zadłużenia wobec dusz, które mu zawierzyły?!

Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego i bezrolnego pozostawiacie bez pracy, którzy mówicie: «Kiedyż minie nów księżyca, byśmy mogli sprzedawać zboże? Kiedyż szabat, byśmy mogli otworzyć spichlerz? A będziemy zmniejszać efę, powiększać sykl i wagę podstępnie fałszować. Będziemy kupować biednego za srebro, a ubogiego za parę sandałów i plewy pszenicy będziemy sprzedawać».
Przysiągł Pan na dumę Jakuba: «Nie zapomnę nigdy wszystkich ich uczynków»„.

Te słowa w sensie duchowym, nie materialnym, mają straszny i jakże dziś realny wydźwięk. Czyż głoszenie herezji (chociażby bagatelizowanie grzechu, lajtowe miłosierdzie) czy wprost namawianie do Komunii św. dla rozwodników – innymi słowy świętokradztwo i totalne niszczenie rodziny nie są faktycznie dziełami wymienionymi  w powyższym cytacie z proroka Amosa?! Do kogo te ostre słowa są powiedziane? Do fałszywych nauczycieli wiary na wszystkich szczeblach – od ojca rodziny do biskupów, kardynałów, antypapieża! 

Źli rządcy! Obudźcie się i naprawcie wszystko, co w waszej mocy, bo wkrótce będziecie musieli zdać sprawę ze swojego zarządu i cóż uczynicie, gdy wśród niewypłacalnych dłużników będą owieczki z waszych stad?! Czy sami będziecie mogli błagać wtedy o Miłosierdzie? Jeszcze jest czas dany przez z Miłosierdzia Bożego, więc ocknijcie się!!!

 

Dzięki składam naszemu Panu, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę

Ostatnio wertując bolesne strony „Drogi” neokatechumenatu mieliśmy miłe skojarzenie. To była taka kropla w morzu obrzydliwości i goryczy jaka się odkrywała naszym oczom w tych przedziwnych studiach (te studia nie były przez nas poszukiwane – po prostu nasze drogi z „Drogą” nieco się zderzyły…). Otóż tą słodką kroplą byli internauci  – ‚eks’ lub nawet jeszcze trochę aktualni członkowie „Drogi”. Piszę o tych, którzy dostrzegłszy, że coś jest nie w porządku umieli się wycofać, 6e6329701961425b3d1baef878635d20.jpgwyłamać, a teraz ostrzegają innych (można takie świadectwa znaleźć w necie,np. tutaj) Kościół w swojej dwutysiącletniej historii znał i zna nieco takich Szawłów, którzy tkwiący po uszy w jakiejś błędnej formacji czy herezji umieli (niewątpliwie przy pomocy wielkiej Łaski Bożej) wyłamać się i powrócić do czystych źródeł wytryskujących z łona Matki Kościoła. Po powrocie nieraz stają się wielkimi Pawłami – sługami Chrystusa, obrońcami Kościoła, ewangelizatorami. Szczególnie na nich spełniają się te słowa św. Pawła: „Dzięki składam Temu, który mię przyoblekł mocą, Chrystusowi Jezusowi, naszemu Panu, że uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę. Dostąpiłem jednak miłosierdzia, ponieważ działałem z nieświadomości, w niewierze.” (1Tm 1,12-13).

Wydaje się nawet, że dziś tych „synów marnotrawnych” Kościół ma coraz więcej. A więc radości więcej – dużo nawróceń (i to wielkich) i dużo radości. A trzeba tej radości nam wszystkim, ośmielę się napisać, że nawet sam Bóg Ojciec jej potrzebuje…. Bo czasy mamy straszne i smutne. Przesadzam? Jeżeli jesteście szczęśliwi z powodu tego, co się aktualnie głosi i przeżywa w Kościele, to z Wami jest coś nie tak. Bo przyczyn do smucenia się jest bardzo wiele. M.in.: profanowane kościoły (nie piszę o bandyckich profanacjach ale o tych czynionych w „białych rękawiczkach” – więcej o tym jest na drugim naszym blogu obronaeucharystii), ogłoszone publicznie herezje takie jak podważanie istnienia piekła, kult fałszywego miłosierdzia, coraz częstsze praktyczne odrzucanie istnienia grzechu – nawet na ŚDM wystawiono spektakle promujące grzech sodomski… To jeszcze nie boli najbardziej, bo herezje były, są i jeszcze się rozwiną. Bardziej boli patrzenie na ogół katolików, którzy chodzą jak totalni ślepcy, nie widząc błędów i oszustw, mało tego – jeszcze przyklaskują tym, z których gęb te obrzydliwości wychodzą (nie namawiam do jakiejkolwiek formy linczu na apostatach czy wrogach Kościoła, ale przyznawane im bałwochwalcze uwielbienie to druga skrajność, która nie powinna mieć miejsca – za heretyków trzeba się modlić o nawrócenie, a nie ich oklaskiwać!). Mam nieodpartą ochotę porównać dzisiejszych katolików, tych ślepych, do starszego brata z przypowieści o synu marnotrawnym. Całkowicie pyszni, przekonani o swojej całkowitej racji, że wszystko będzie dobrze – jakże często rzucają kamieniami oszczerstw i wyzwisk na swoich „młodszych braci” marnotrawnych. I tak stają się największą przyczyną frustracji samego Boga!

Święta nienawiść!

Oczywiście, że istnieje święta nienawiść. Tak samo, jak istnieje nieświęta (a wręcz totalnie anty-Boża) postać miłości. I to w dodatku właśnie tak (czyli bezbożnie – nieczysto) kojarzy się słowo „miłość” większości ludziom na świecie!

Właśnie, żeby pisać o nienawiści trzeba wyjść od Miłości. Bo Miłość to nie jest zabawka do głaskania grzecznych i nawet niegrzecznych dzieci. Tak myślą katolicy. I w ten sposób zaciemniają lub wręcz czynią zupełnie nieczytelnym obraz Boga, którego istotą jest przecież Miłość! Miłość to nie postawa słodkiej bożej krówki, świętej ciapy czy wciąż od ucha do ucha uśmiechniętego świętego (postać znana ze słynnej piosenki „taki duży”). Owszem, człowiek kochający prawdziwie Bożą Miłością dużo częściej niż inni ludzie jest miły, sympatyczny, uśmiechnięty itd. Ale nie zawsze, bo często staje się znakiem sprzeciwu, bólem dla swojego środowiska czy nawet szerszego kręgu ludzi. Nieraz ból, który prawdziwie miłujący człowiek zadaje jest tak wielki, że ci, którzy cierpią te męki mnożą akty zemsty. Stąd w dziejach świata pojawił się jeden z największych absurdów: jakże często do więzień zamykani są ludzie dobrzy, święci, jakże często są bestialsko mordowani. Oczywiście, piszę o prześladowaniu chrześcijan. Zanim jednak dochodzi do tak skrajnych wypadków terroru dokonywanego z zemsty (bo prawdziwi chrześcijanie są solą w oku,a sól w oku bardzo boli), to prześladowania toczą się na bardziej zwyczajnych i codziennych – normalnych płaszczyznach. Prawdziwe wierzący dzieciak z podstawówki będzie przez kolegów z klasy bardzo gnębiony – o wiele więcej takiemu się dokucza, podstawia nogę, wyśmiewa, a nawet bije. W rodzinie wierząca matka będzie poniewierana przez męża, lekceważona przez dzieci, które na każdym kroku będą jej się sprzeciwiać. W pracy obetną premię, będą wykorzystywać, a jak zwolnią to w taki sposób, by nie można było znaleźć drugiej pracy. O, jeszcze warto napisać o rozpowszechnionej ostatnio wśród oficjalnych katolików (przepraszam, za tę „oficjalną” ironię, ale taka jest prawda…) modzie na dokuczeniu i „załatwieniu” kogoś niewygodnego w ich własnej grupie np. ruchu Domowego Kościoła – tą „modą” są oszczerstwa. Pojęcia niektórzy z czytających nie macie jak są perfidne i rozpowszechnione! Wyzywa się niewygodnego od nawiedzonych, świętoszków, zbytnio pobożnych, następnie wypunktowuje się jego grzechy (i te prawdziwe i te wymyślone…), potem informuje się, że biedak jest na złej drodze (co to znaczy „zła droga”?), potem, że jest sekciarzem.

Gdybym pięć lat temu przeczytał to, o czym wyżej napisałem, to chyba bym nie uwierzył, że wśród „pobożnych” ludzi takie rzeczy się zdarzają. Wielu z Was też mi teraz nie uwierzy, a mi nie wolno podać przykładów z oczywistych powodów. Ale życzę Wam, choć cierpienia nie powinno się życzyć, to jednak życzę, byście takich lub innych prześladowań doświadczyli. Jest o tym co nieco w Chrystusowym Kazaniu na Górze. Mamy się podobno cieszyć gdy jesteśmy prześladowani za Wiarę! I będziecie mieć pewność, że jesteście na dobrej drodze. Będziecie dla innych zakałami, solą w oku, znienawidzeni przez szatana i jego ukryte nawet w Kościele sługi – a dlaczego? Bo Wasza Miłość będzie połączona ze świętą nienawiścią. Będziecie światłem, ale jakże bolesnym dla chorych oczu świata. I będziecie zadawać cierpienie przez swoje świadectwo, stanowczy sprzeciw wobec fałszywego chrześcijaństwa – nawet wobec najukochańszych, najbliższych. O cierpieniu zadawanym przez świętych jest mowa w księdze Apokalipsy (np.” …ci dwaj prorocy mieszkańcom ziemi zadali katuszy.”). Tam jest mowa o mękach!

Jakże często współcześni komentatorzy Słowa Bożego pozwalają sobie na deformowanie, spłycanie i rozwadnianie nawet Słów samego Jezusa w Ewangelii. Dzisiejsza Ewangelia należy chyba do najbardziej atakowanych fragmentów przez deformatorów. I zwróćcie uwagę, wy, którzy rozwadniacie Słowo Boże. Jeżeli mówicie, że Chrystus mówiąc „nienawiść” miał co innego na myśli to czynicie Go kłamcą. To profanacja! Przecież Chrystus powiedział: „Niech wasza mowa będzie tak, tak , nie, nie” i jakże On Sam miałby się do tych słów nie stosować?! Jeśli powiedział: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki (..)”  To to samo miał na myśli, a nie co innego! I sam w życiu aż do bólu tę zasadę stosował wobec własnej i to świętej Rodziny! Kiedy nienawidził? A chociażby w tajemnicy znalezienia w świątyni. Wyobraźmy sobie. Bez zapowiedzi dwunastoletni synek znika sobie, mało tego – doskonale wie, co czyni – wie, że z bólem jest poszukiwany, wie co czuje Najukochańsza i Najświętsza Matka. Wszystko wie. Jest wręcz okrutny. Po znalezieniu nie okazuje najmniejszej skruchy za „podłość”. „Normalni” rodzice gagatka chyba by do krwi go zlali – i do końca życia nie potrafili by mu wybaczyć! Dlaczego to zrobił? Przez lata nie wiedziała tego nawet Stolica Mądrości – Najświętsza z matek! Cierpienie tajemnicy znalezienia przygotowało Ją na najtragiczniejsze wydarzenie Jej życia jaką było Odkupienie – śmierć Jej Syna na Krzyżu.

W ciągu wieków wielu świętych dzieci zadawało podobne cierpienia swoim rodzicom. Tym razem jednak wielu nie-świętym rodzicom. Niejeden taki nieświęty tatuś pierwszych wieków chrześcijaństwa mścił się i ukatrupiał swoją świętą córeczkę w okrutny sposób… A ileż zdrad, podawania do sądu itd. Warto wspomnieć bolesną historię św. Stanisława Kostki i jego rodziców. Ta historia (jak nie znacie to z łatwością znajdziecie w internecie) jest chyba najbardziej klasycznym symbolem i realizacją dzisiejszej Ewangelii. 

Wróćmy jeszcze do Pana Jezusa. Jego najbliższymi byli nie tylko krewni. Miał rodzinę wg ducha czyli apostołów. Wśród nich najbardziej umiłowany był św. Jan (na kartach Ewangelii mamy dwie bolesne reprymendy pod jego adresem – poszukajcie…) i chyba na drugim miejscu Skała – św. Piotr – pierwszy Papież. Właśnie wtedy gdy błysnął wyznaniem wiary i został oficjalnie ogłoszony Papieżem, właśnie wtedy usłyszał, że jest szatanem. Straszne – tym bardziej, że to nie były słowa rzucone przez człowieka, tylko przez samego Boga! Jakież cierpienie zadał Pan Jezus swojemu Piotrowi to chyba nigdy tego nie zgłębimy. Niezła nagroda dla ukochanego apostoła, nie ma co! To jest właśnie święta nienawiść! Bo w Bożej Miłości nie ma miejsca na najmniejszy akt korupcji, dogadania się z czymś, co nie jest całkiem czyste, nie ma pójścia na ustępstwa – nawet o jeden mały kroczek. Bo droga chrześcijanina to droga krzyżowa. Jeden nieostrożny krok może popsuć wszystko, zniweczyć dzieło Boże, zgorszyć innych. To bolesne, ale jak ktoś szuka lajtu, to niech nie szuka go na drogach Chrystusa i Kościoła. A jeśli z tryumfującą miną ktoś kiedyś ogłosi (niestety to już się zdarza), że Kościół jest już nowocześniejszy i bardziej wyrozumiały to niech wie, że to nie jest prawdziwy Kościół ani prawdziwe Słowo Boże – to fałsz, oszustwo, które wielu zaprowadzi w otchłań piekła.

b03ae486 (1).jpgWielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: «Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem».

Jak mocna i trudna jest nauka Chrystusa! Pan Jezus uprzedza słuchających Go, roztaczając przed nimi drogę krzyża. Chce szczerej decyzji od każdego z nas: czy stać mnie na to, aby być Jego uczniem? Pan Jezus nie obrazi się, jeśli powiemy Mu: nie jestem w stanie, nie podołam takim wyzwaniom… Woli, abyśmy tak odpowiedzieli z szczerością serca niż gdybyśmy mieli dać swoje „tak” z lekkomyślnością, oczekując od Chrystusa zupełnie czego innego (nie krzyża, lecz lajtowego, przyjemnego życia itp.). Bo potem wśród prześladowań może okazać się, że człowiek, który jest niby Jego uczniem, staje się bardzo szybko…ZDRAJCĄ. A to jest chyba największy ból dla Chrystusa i Kościoła! Dlatego Pan Jezus uprzedza nas, przygotowuje nas do drogi ucznia Chrystusa. Z drugiej strony nie myślcie sobie, że niemożliwe jest być Jego uczniem! Cały zastęp świętych wszystkich czasów pokazuje nam, że jest to możliwe i że warto, oj warto!! Że warto ukochać Boga ponad życie, ukochać Krzyż i ukochać bliźnich (a szczególnie najbliższych: ojca, matkę, braci…) miłością świętą, nadprzyrodzoną. Warto poczytać sobie wytłumaczenie Samego Chrystusa do tej trudnej Ewangelii. Jeśli ktoś nie ma uprzedzeń do mistyków (co się teraz tak często zdarza wśród katolików) to polecam rozważyć te słowa z pism Marii Valtorty:

(…) „Jeśli kto chce przyjść do Mnie, a nie ma w świętej nienawiści swego ojca, swojej matki, swojej żony, swoich dzieci, swoich braci i sióstr i nawet swego życia, nie może być Moim uczniem. Powiedziałem: „w świętej nienawiści”. Wy w waszych sercach mówicie sobie: „On uczy nienawiści, a przecież ona nigdy nie jest święta. Zatem On Sobie zaprzecza”. Nie. Ja Sobie nie zaprzeczam. Powiedziałem, żeby znienawidzić ociężałość miłości, cielesną gwałtowność miłości do ojca i matki, do żony i dzieci, do braci i sióstr, i do samego życia. Z drugiej zaś strony nakazuję kochać krewnych i życie z lekkością wolności, właściwej duchom. Kochajcie ich w Bogu i ze względu Boga, nigdy nie stawiając Boga po nich, zajmując się i troszcząc o doprowadzenie ich tam, gdzie doszedł uczeń, czyli do Boga Prawdziwego. I tak będziecie kochać w sposób święty krewnych i Boga, godząc dwie miłości. Uczynicie z więzów krwi nie obciążenie, lecz skrzydła, nie winę, lecz sprawiedliwość. Macie być gotowi znienawidzić nawet wasze życie, żeby pójść za Mną. Ma w nienawiści swe życie ten, kto bez lęku, że je utraci lub że stanie się ono po ludzku smutne, poświęca je na Moją służbę. To jednak tylko pozorna nienawiść. To uczucie, które myśl człowieka – nie potrafiącego się wznieść, człowieka ziemskiego tylko, niewiele wyższego od zwierzęcia – niewłaściwie nazywa „nienawiścią”. W rzeczywistości ta pozorna nienawiść – która jest odrzuceniem zmysłowych zaspokojeń w życiu, aby dawać coraz większe życie duchowi – jest miłością. To miłość, najwznioślejsza z istniejących, najbardziej błogosławiona. To odrzucenie niskich zaspokojeń, to zakazanie [sobie] zmysłowości uczuć, to narażenie się na wymówki i komentarze niesprawiedliwe, kary, oddalenia, przekleństwa i być może prześladowania, to łańcuch cierpień. Trzeba je jednak objąć i nałożyć jak krzyż, jak szubienicę, na której wynagradza się za wszystkie przeszłe winy, żeby iść do Boga usprawiedliwionym.Dzięki temu uzyskuje się od Boga wszelką łaskę – prawdziwą, mocną, świętą – dla tych, których kochamy. Kto nie niesie swego krzyża i nie idzie za Mną, kto nie potrafi tego czynić, nie może być Moim uczniem. Myślcie o tym wiele, wiele, wy, którzy mówicie: „Przyszliśmy, bo chcemy się przyłączyć do Twoich uczniów.” To nie wstyd, lecz mądrość osądzić siebie, ocenić i wyznać sobie oraz innym: „Nie ma we mnie materiału na ucznia”. I cóż? [Nawet] poganie, dzięki jednemu z ich pouczeń, widzą konieczność „poznania samego siebie”, a wy, Izraelici, aby zdobyć Niebo, nie umielibyście tego uczynić? Pamiętajcie zawsze o tym, że błogosławieni są ci, którzy przyjdą do Mnie. Jednak zamiast przyjść, żeby zdradzić Mnie i Tego, który Mnie posłał, lepiej nie przychodzić wcale i pozostać synem Prawa, jakim był dotąd każdy z was. Biada tym, którzy powiedziawszy: „Idę”, szkodzą Chrystusowi, zdradzają ideę chrześcijańską, gorszą małych, ludzi szlachetnych! Biada im! A jednak będą tacy, zawsze będą!”

wizja dana mistyczce Marii Valtorcie z dn. 20 września 1945; Księga III – Drugi rok życia publicznego, 145. W świątyni podczas święta namiotów (podkreślenia w tekście od nas) http://www.duchprawdy.com/poemat.htm

 

Idź i usiądź na ostatnim miejscu!

Na ostatnim??? A może przynajmniej na środkowym? Żeby nie było wątpliwości Pan nasz mówi: „(…) zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych„. Wyobraźmy sobie. Urządzamy przyjęcie i zapraszamy… kloszardów. Zapraszamy też rodzinę, przyjaciół i… telewizję czy kogoś kto lubi wstawiać filmiki na youtube. Efekt? Totalna porażka – wstyd, szyderstwa, obśmianie, opuszczenie i to na długi czas przez przyjaciół, krewnych. Czyż nie taka jest prawda? Warto uruchomić wyobraźnię i precyzyjnie przyjrzeć się ewangelicznym zachętom. Tak, Pan Jezus namawia nas do totalnego upokorzenia przed światem i samym sobą. Bo nie łudźmy się i samych siebie nie oszukujmy – my też mamy sporą listę takich ubogich, ułomnych, itd. z którymi nie chcemy mieć do czynienia, którymi się brzydzimy, z którymi pokazanie się w towarzystwie jest wstydliwe. Ta lista skonstruowana jest w nas przez szatana. To on nam ją stworzył, a my tej pokusie ulegliśmy. Piszę o osądzaniu. Nie wolno osądzać, potępiać. A my mamy takich, których niemal na stałe osądzaliśmy i zakwalifikowaliśmy do jakiejś kategorii – właściwie do najgorszej. Oczywiście, poznanie nędzy moralnej bliźniego nie jest jeszcze osądem. I roztropne unikanie kontaktu fizycznego ze złodziejem czy zabójcą jest konieczne. Inna sprawa, że wciąż trzeba takiemu gagatkowi wybaczać, modlić się za niego. A jeśli zacznie się nawracać mamy być gotowi, by wybiec mu na spotkanie tak, jak uczynił ojciec wobec syna marnotrawnego (nie czekając, aż nasz nieszczęśnik stanie się świętym). Nie, mamy go przyjąć poranionego (duchowo), ułomnego. Mało tego – mamy go zaprosić na ucztę – czyli dać mu odczuć radość płynącą z tego początkowego nawet stadium jego nawrócenia.

Św. Tereska od Dzieciątka Jezus (Doktor Kościoła) zwraca uwagę szczególnie na ten aspekt duchowej ułomności ludzi. Np. postanowiła sobie, że będzie miła i przyjemna szczególnie dla tych sióstr, które są najmniej miłe, które są zranione, których towarzystwa się unika (bo właśnie one nie mają czym się odwdzięczyć). „Jakąż ucztę może sprawić karmelitanka swoim siostrom, jeśli nie ucztę duchową, złożoną z miłości wdzięcznej i radosnej?”

Ale świat jest światem. Mało tego ludzie Kościoła czyli katolicy są… katolikami. Tak, szczególnie ostatnimi czasy dotkliwie odczuwa się mur wokół katolików, mur zrobiony z elegancji, kurtuazji duchowej i… użyję brzydkiego, ale celnego słowa: oplatek_dk_04.jpgsekciarstwa. Istota tego strasznego słowa to właśnie zamknięcie na innych – to bycie i akceptacja we własnym katolickim zaścianku i tylko wśród tych „duchowo rozwiniętych”, fajnych, myślących tak samo jak my (mówi się też: towarzystwo wzajemnej adoracji). Inni to gorsza kategoria, więc ewentualnie trzeba ich ponawracać. Jeszcze inni, ciężko chorzy moralnie i nie chadzający do kościółka to w naszym mniemaniu wręcz chodzący potępieńcy. Ich totalnie wykluczamy – przy okazji stanowczo sprzeciwiając się powyżej cytowanym słowom z dzisiejszej Ewangelii. A czy przypadkiem nie przejawia się w tym nasza pycha, że uważamy się za lepszych od innych? „Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła w nim zapuściło korzenie” (Syr 3,28)

A jeśli się wyłamiemy to nasi kumple z Domowego Kościoła czy oazy czy innej wspólnoty spojrzą na nas krzywo, oj bardzo krzywo. Jednych przyjaciół (nieciekawych…) zyskamy, innych – stracimy. A generalnie staniemy się przedmiotem sprytnie kamuflowanych kpin, szyderstw, a nawet oszczerstw (do tego już dochodzi w „towarzystwie” katolickim). I tak znajdziemy się na ostatnim miejscu. Do czasu. Do świętego czasu, gdy zabrzmi dźwięk ostatniej trąby. A potem nie będzie już płaczu, ani łez, ani śmierci. Za to będą trony i to wieczne (na zawsze) – przygotowane dla ostatnich.

Zajmij się sobą, swoją rodzinką i … wystarczy…

W tytule mamy potężną herezję głoszoną powszechnie przez współczesnych, pobożnych i zdeklarowanych katolików. Dowody? No, chociażby refren psalmu z dzisiejszej niedzieli: (Dwudziesta pierwsza Niedziela zwykła
Rok C) „Całemu światu głoście Ewangelię!” Celowo podkreśliłem „całemu”. Mówi się teraz (piszę o katolikach z „najwyższych” półek), że to ogólne zbawienie i ewangelizacja to pustosłowie. Super!!! Czyli Pan Jezus głosił pustosłowie?!

Odrzucanie Słowa Bożego to już powszechny obyczaj (dodam – bardzo grzeszny obyczaj). Znamy fragment z ks. Apokalipsy o dodawaniu czy odejmowaniu ze Słowa Bożego. A teraz już nie kreskę czy jotę czy jeden wyraz, ale odejmuje się i w praktyce odrzuca – i to bardzo jaskrawo – całe karty Pisma św. A nie?! A wyżej cytowany refren psalmu (właściwie sens słów niejednokrotnie wypowiadanych na kartach Ewangelii przez Pana Jezusa) to co? A sam psalm 117? A np. te słowa z Izajasza: „Przybędę, by zebrać moją chwałę. Ustanowię u nich znak i wyślę niektórych ocalałych z nich do narodów Tarszisz, Put, Meszek i Rosz, Tubal i Jawan, do wysp dalekich, które nie słyszały mojej sławy ani nie widziały mojej chwały. Oni ogłoszą chwałę moją wśród narodów.” są tylko pobożnym (albo przeterminowanym – nieaktualnym) życzeniem Pana Boga?! Albo może niektórzy myślą, że to życzenie Boga skierowane jest tylko do osób duchownych, do misjonarzy? Jeśli tak myślicie, to jesteście w błędzie, bo każdy, kto chce być prawdziwym chrześcijaninem , jest do tego powołany. Każdy! Np. św. Jan Paweł II zgłębił ten temat w adhortacji Familiaris Consortio (cytuję tylko dwa fragmenty, ale należy BEFCsp.jpgprzeczytać całą adhortację, żeby zrozumieć istotę) „(…) Albowiem Pan również za pośrednictwem wiernych świeckich pragnie rozszerzać królestwo swoje, mianowicie królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju (…)

Miłość sięga dalej, aniżeli tylko do własnych braci w wierze: „Każdy człowiek jest moim bratem”, ponieważ w każdym, a nade wszystko w ubogim, słabym, cierpiącym i niesprawiedliwie traktowanym, miłość umie dostrzec oblicze Chrystusa i brata, którego ma kochać i któremu ma służyć.

Ażeby służba człowiekowi była przeżyta przez rodzinę w stylu ewangelicznym, należy gorliwie wcielać w życie to, co mówi Sobór Watykański II: „By tego rodzaju praktyka miłości była i objawiała się w sposób nieposzlakowany, trzeba widzieć w bliźnim obraz Boga, wedle którego został stworzony, oraz Chrystusa Pana, któremu rzeczywiście ofiaruje się, cokolwiek daje się potrzebującemu”  A pod koniec życia św. Jan Paweł II powiedział, że najwyższą formą tej miłości i służby bliźniemu jest nasz udział w odkupieńczym planie zbawiania dusz (cytuję niedokładnie z pamięci, ale sens jest taki).

Wracam do tytułowej herezji. Jak się mają powyższe słowa do wypowiadanych nagminnie i niestety coraz bardziej agresywnie „dobrych rad” w stylu: „zajmij się sobą i swoim nawróceniem”, „patrz na siebie”, „zajmij się rodziną”. Tak, od służby we własnej rodzinie należy zacząć. Ale zacząć, nie oznacza jednocześnie rozwinąć i skończyć. – bo to dużo za mało. Wypracowanie z jęz. polskiego na maturze nie może składać się z długiego wstępu bez rozwinięcia i zakończenia. Trzeba iść dalej nawet jeśli ze wstępu nie jesteśmy zadowoleni. A co do zadowolenia z życia we własnej ojczyźnie – rodzinie było co nieco w Ewangelii z zeszłej niedzieli – przypominam: „(…) dwoje stanie przeciw trojgu(…)”. Pan Jezus mówił te bolesne słowa w kontekście życia rodzinnego. Prawdziwi wierni współcześni Chrystusowi, Jego Ewangelii, są bardzo często prześladowani przez własne rodziny. Bajki piszę? Niezależnie, po której stronie stoicie to chyba jesteście świadkami lub znacie rodziny (katolickie!!!) w których np. małżonka wytoczyła proces w sądzie swojemu mężowi (próbując kamuflować słowo „rozwód”). Straszne! Piszę o tym bo znam takie rzeczy teraz się dziejące. Mało tego, dochodzi do tego, że nawet zakonnicy są świadkami w sądach cywilnych (straszne – uczestniczą w rozwaleniu rodziny chrześcijańskiej!) – i co ciekawe – w sądzie cywilnym jako negatywne wysuwane są oskarżenia typu religijnego! Wszystko to zostało zapowiedziane w Ewangelii i jak widać Słowa tej świętej Księgi w całej rozciągłości się wypełniają!

Wracam znów do głównej myśli i pozwolę sobie zacytować jeszcze raz część powyższego fragmentu z Izajasza: „(…)wyślę niektórych ocalałych z nich do narodów(…). Trzeba by się zastanowić, dlaczego tylko niektórych. Moim zdaniem, dlatego, że większość po prostu nie będzie chciała. I tak jest. Większość spotykanych gorliwych katolików nie chce. Mają w nosie (i to delikatnie mówiąc – gdybym nie był troszkę kulturalny to użyłbym mniej wybrednych słów) wieczny los swoich braci i sióstr, którzy np. chlają pod sklepikiem, zajmują się tylko własnym dobrobytem materialnym (to akurat problem też dzisiejszych chrześcijan), którzy są obojętni na Boga, bo ich właśni rodzice mieli w nosie ich religijne wychowanie, bo są wyznawcami innych religii, mieszkają w innych częściach świata itd.. Nie, współcześni chrześcijanie mają za Boga egoizm i to w najgorszej duchowej postaci. Fałszywie przekonywani przez szatana, że skoro prawie codziennie biegają do kościółka i są mili i tak w ogóle są spoko to mają pewność własnego wiecznego zbawienia (a przy okazji nie obchodzi ich wieczny los ich braci i sióstr). Nie ma w nich i z bólem trzeba to napisać – u większości z nich – nie ma miłosierdzia i litości dla dusz nieśmiertelnych swoich braci. Najwyżej, co wrażliwsi próbują oszukać swoje sumienia datkami lub akcjami humanitarnymi. 

Jeśli (co daj Boże! Amen!) czytacie ten artykuł z dobrą wolą i…te słowa bolą… to na pocieszenie i na zakończenie proponuję też coś z dzisiejszych czytań mszalnych:

„Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości. Dlatego wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana. Czyńcie proste ślady nogami waszymi, aby kto chromy nie zbłądził, ale był raczej uzdrowiony.”